poniedziałek, 13 lipca 2015

Filmowe Love: Miłość jest w Tobie czy Ty jesteś miłością?

Romantyczny nastrój nie opuszcza mnie już od jakiegoś czasu. Przez pryzmat współodczuwania miłości widzę to, co wokół mnie zupełnie inaczej. Napawam się chwilami, wartości których czasem nie potrafiłam albo nie miałam czasu docenić. I bardzo się sobie w takim wcieleniu podobam.

Przypomniał mi się dziś film, który widziałam dość dawno, ale wciąż niektóre sceny mam w pamięci. Po jego obejrzeniu zrodziło się w mojej głowie pytanie - jak wiele wymiarów ma miłość? I czym w ogóle jest? Wtedy myślałam i nadal tak jest, że nie da się podać jednej definicji i to jest tak niezwykłe w tym uczuciu. Dla mnie miłość to szczęście i spełnienie. To miarowe bicie serca, dzięki któremu czuję się pełna, wiem, że nikogo i niczego mi nie brakuje. To niesłabnące poczucie otulenia siłą, jaką miłość daje. Taka jest moja definicja.

A film? Io sono l'amore (I am love, Jestem miłością; reż. Luca Guadagnino; 2009) ukazuje wielowymiarową i wielopostaciową miłość. W chwili, gdy widz poznaje główną bohaterką - Emmę Recchi (w tej roli nietuzinkowa Tilda Swinton) - kocha ona, jakby już z rozsądku i przyzwyczajenia swego męża, który z Rosjanki zmienił ją we Włoszkę; kocha swe dzieci, z którymi łączą ją bardzo głębokie, ale i wymagające niezwykłych pokładów zrozumienia relacje; za chwilę kocha także namiętnie - odżywa, młodnieje, chłonie siły witalne, gdy na swej drodze spotyka przyjaciela syna - Antonia... Odbiorca odnajdzie w tym filmie także niekłamaną miłość do jedzenia oraz gasnącą już nieco pasję, jaką jest praca w tworzonej przez pokolenia firmie-marce.

źródło
Ja odnalazłam w obrazie Guadagnino niczym nie zmąconą namiętność kierującą widza w stronę pierwotnych instynktów, najczystsze połączenie się kobiety i mężczyzny, choć przecież w tle stoi zdrada, a gdyby sięgnąć dalej - połączenie się z naturą, zarówno tą otaczającą człowieka, jak i tą wewnętrzną, którą się w pędzie codzienności zatraca (oddają to w pełni naturalistyczne, ale niezwykłe zdjęcia)... Z wielkim uczuciem wygrać się nie da, a świadczyć o tym mogą choćby ostatnie sceny - poprzedzone nieco przeze mnie niezrozumianą, ale być może nadającą im wyrazistości - tragedią. A zatem kochać czy być miłością? Oto jest pytanie, na które odpowiedź wydaje się oczywista...

Muszę przyznać, że trudno mi dobrać odpowiednie słowa, by ów film opisać. Niewiele przekazuję treści, nie chcę silić się na filozoficzne wywody. Zachęcam jedynie, by po Io sono l'amore sięgnąć, kto to zrobi - sam odnajdzie w nim to, co najważniejsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twój komentarz. Nie widać go? To dlatego, że lubię czytać pozostawione dla mnie słowa jako pierwsza :)