poniedziałek, 16 lutego 2015

Czarne/Białe oraz zdrowy egoizm

Jest kilka cech charakteru, które mnie w innych drażnią. Staram się bardzo nie być hipokrytką i jeśli podobne przywary zauważam u siebie to po pierwsze - walczę z nimi, po drugie - nie przyszło by mi do głowy, by wytknąć je innym. Ale ponieważ z samych wad się nie składam, są takie, których swoją osobą nie prezentuję. Ale zdarza mi się obcować z tymi, którzy owszem. Jeśli miałabym wymienić owe cechy, które wywołują u mnie negatywne emocje, to znalazło by się pośród nich bycie niesłownym, skąpstwo, ignorancja, przemądrzałość, wulgarność w obyciu i mowie... Dzisiejszy wpis poświęcę jednak nie do końca cesze charakteru, ale pewnemu stylowi życia, który na "zewnątrz" niekoniecznie pokrywa się z tym, co "wewnątrz".

"Asekuranci-wyolbrzymiacze" zdecydowanie działają mi na nerwy. Wiecie - tacy, co to u nich zawsze najgorzej, ale tylko dla opinii publicznej. Standardowo także nigdy nie mają czasu, a zatem zapomnieć można o spotkaniu przy kawie czy wypad do kina. A dzień później od wspólnych znajomych dowiadujemy się, jak to spokojnie spacerowali po centrum handlowym. Gdy już się uda spotkać potrafią godzinami opowiadać o tym, jak to ledwie wiążą koniec z końcem, ale nietrudno zauważyć kuchnię po generalnym remoncie i wyłapać podczas rozmowy anegdoty nawiązujące do ostatnich zagranicznych wakacji. Ludzie, których nazwę tu czarnymi mają specyficzny sposób przedstawiania swej codzienności - choćby mieli najlepiej zrobią wszystko, by w oczach innych wyszło, że mają najgorzej. I po co tak? Zapewne po to, by nikt niczego od nich nie chciał. Bo przecież i tak nie mają. Są też tacy, którzy nie potrafią cieszyć się z własnych osiągnięć, a sukcesy postrzegają w kategoriach porażek. Bo można było lepiej, szybciej, bardziej. Obroniona praca magisterska, ale nie na bardzo dobry. Awans w pracy, ale dopiero po roku pracy. Certyfikat z języka hiszpańskiego, ale przecież nie ma gdzie go używać. Nie dają sobie marginesu błędu, a ich ambicie przeradzają się w niezdrowy pęd za czymś nowym. I są jeszcze tacy, w których słowniku nie ma słowa bezinteresowność. Gdy pomogą, oczekują wręcz peanów na swą cześć, a gdy należąca im się (w ich mniemaniu) gloryfikacja nie nastąpi, będą wszem i wobec opowiadać o tym, jak to oni urabiają się po łokcie, a nikt ich nie docenia.

Na drugim biegunie ludzie nazwani przeze mnie białymi. Tacy, którzy są do dyspozycji innych zawsze i wszędzie, u których z kolei nie istnieje słowo asertywność. Bo gdy ktoś prosi o pomoc, nie można odmówić. Nigdy. Nawet, jeśli pomoc drugiej osobie wymaga od nich ogromnych pokładów poświęcenia, czasu, czasem środków finansowych. I zwykle są to ci, którzy naprawdę ledwie wiążą koniec z końcem, ale i tak podzielą się wszystkim, co mają. Nigdy nie oczekują niczego w zamian, przymykają oczy na brak podziękowania czy jakkolwiek inaczej okazanej wdzięczności. Sami o nic nie poproszą, choć wprawny obserwator - po tym chociażby jak się noszą czy jak mieszkają - domyśli się, że pomoc byłaby wskazana. Ludzie biali jednak zawsze się przed nią wzbraniają w myśl zasady, że są samowystarczalni. Ich ciągła gotowość do pomocy nie będzie denerwować tych, którzy z niej korzystają, ale tych, którzy patrzą z boku i nie mogą wyjść z podziwu, jak wiele skrajności rządzi ludźmi. Ja czasem sama przeżywam takie wkurzenia patrząc, jak ktoś dla mnie bardzo ważny pomaga wszystkim naokoło, a sama często nie ma czasu, by zadbać o własne zdrowie, odpoczynek czy po prostu święty spokój. A podejmowane przeze mnie próby rozmowy na ten temat nie odnoszą wymiernych skutków...

A czy nie było by prościej być najzwyczajniej w świecie szczerym? Mam możliwości, czas i chęci - udzielę pomocy, rady, podzielę się tym, co mam, bez późniejszego narzekania, że ktoś mnie wykorzystał (w końcu ludzie są różnie wychowani). Nie mam zdrowia, wolnej chwili, gotówki - mówię wprost, że tym razem nie jestem w stanie pomóc, postaram się następnym razem. Zdrowy egoizm jeszcze nikomu nie zaszkodził, a wręcz pomaga spojrzeć na niektóre sprawy i sytuacje z wyraźniejszej perspektywy. Pomaga dostrzec samego siebie, własne potrzeby i możliwości, poustawiać wszystkie ważne dla nas wartości w odpowiedniej hierarchii. Pomaga być elastycznym, a nie tylko czarnym lub białym. Osobiście wciąż uczę się tego bycia elastyczną, asertywną i szczerą i tego samego oczekuję od mego otoczenia. Dzięki takiemu podejściu zweryfikowało się do tej pory wiele moich znajomości. Czasem odczułam gorycz zawodu, czasem słodycz satysfakcji z owocnej współpracy. Nie uniknęłam ani euforii, ani złości, że ktoś-coś... Ale dzięki temu nauczyłam się czego od kogo mogę oczekiwać. A zgoda na to, bądź jej brak pomaga w modyfikowaniu podejścia i czasem drogi, po której idę.

Na koniec tego subiektywnego wywodu zostawiam Was z muzyką, której ostatnio niewiele u mnie było. Wybrałam nutę białą, czarną i wielobarwną. Miłego słuchania.

Pozdrawiam.

2 komentarze:

  1. hej ;)
    Hm co do grupy pierwszej tzw "czarnych", bo tak ich nazwałaś to zgadzam się z Tobą. Znam taką jedną, dość bliską mi osobę i wytrzymanie z nią jest naprawde trudne i męczące. To ciężka wada charakteru, która prowadzi do nikąd. Natomiast co do drugiej grupy, to czasem mam wrażenie, że sama momentami taka jestem/byłam/bywam- trudno powiedzieć, ale staram sie z tym walczyć. Wydaje mi się, że więcej krzywdy robię przez to sobie, niż otoczeniu, dlatego zaskoczyło mnie, że innych może tak bardzo razić ten przymiot.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Białe charaktery mnie nie rażą, jeśli osoby je prezentujące potrafią znaleźć "złoty środek" pomiędzy pomocą innym, a dbaniem o siebie i własne potrzeby. Kiedy ktoś się "spala" w takim działaniu spychając siebie na plan najodleglejszy z możliwych, szczególnie, gdy jest to ktoś dla mnie bardzo ważny, nie umiem przejść nad tym do porządku.
      A przy okazji - dziękuję za komentarz i witam =)

      Usuń

Dziękuję za Twój komentarz. Nie widać go? To dlatego, że lubię czytać pozostawione dla mnie słowa jako pierwsza :)