sobota, 15 marca 2014

Filmowe Love: 127 godzin

Film Danny'ego Boyle'a 127 hours z 2010 zrobił na mnie wrażenie, którego nie jestem w stanie wyrazić jednym słowem. Znów przyszło i się zmierzyć z obrazem, do którego scenariusz napisało samo życie, a właściwie napisał go niejako Aron Ralston.

Z jednej strony dramat, jaki rozegrał się przed mymi oczyma dość mocno mną wstrząsnął. Skłonił do zadania sobie pytania czy sama byłabym w stanie zdobyć się na tak desperacki krok, jak amputowanie własnej kończyny? A za chwilę czy byłabym w stanie się po prostu poddać i nie robić nic, tylko czekać na śmierć? Historia Arona przedstawiona w filmie jest przejmująca. Samotność, przerażenie, jak nigdy paląca świadomość popełnionych przed wyprawą błędów, napięcie, a przy tym czysto somatyczne dolegliwości wywołane brakiem pożywienia, odwodnieniem i z godziny na godzinę pogarszającym się stanem organizmu. Czy może być coś gorszego? Jeśli wierzyć szczątkowym informacjom na temat głównego bohatera z okresu "po" - wydaje się, że tak. Można przypuszczać, że moment opuszczenia kanionu stał się dopiero początkiem nowej drogi. Niebywale trudnej. Drogi, na której codziennie trzeba będzie zmagać się z traumą, wspomnieniami, wyrzutami sumienia.

Dotarł do mnie także morał, który ja gdzieś między wierszami wy-oglądałam:
choćby nam się wydawało, że jesteśmy samowystarczalni, że jesteśmy bohaterami czy królami świata, zostaliśmy stworzeni jako istoty osadzone w "grupie", bez której nasze życie jest mocno ograniczone, o ile w ogóle możliwe.

Z drugiej strony sposób w jaki ta historia została opowiedziana niekoniecznie do mnie przemawia. Jamesowi Franco trudno odmówić gry aktorskiej na wysokim poziomie. Jednakże mieszanka kadrów z kanionu i tych w retrospekcjach, niektóre utwory ze ścieżki dźwiękowej i - nazwijmy to - spójność całego obrazu, wywołały u mnie lekką konsternację i powodowały, że mniej "współodczuwałam" z głównym bohaterem (choć muszę przyznać, że scena, w której Aron "stylizuje" swój video-pamiętnik na poranne show była mocna).

Film zapewne nie dla wszystkich (choćby ze względu na scenę amputacji ręki). Dla tych, którym filmy "na faktach" nie są obce, myślę, że to pozycja godna polecenia.


2 komentarze:

  1. Słyszałam o filmie, ale tak jak piszesz, chyba boje sie tej okropnej sceny amputacji... Nie wiem, może kiedys...

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam ten film ale jakoś nigdy nie naszło mnie na to by go obejrzeć i leży tak na półce już kawał czasu... może niebawem się wezmę za niego

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój komentarz. Nie widać go? To dlatego, że lubię czytać pozostawione dla mnie słowa jako pierwsza :)