piątek, 10 stycznia 2014

Iris (z cyklu "Przypomnienia" cz.5)

Iris [reż. Richard Eyre, 2001] to film, który niezwykle mnie poruszył. Prawie zawsze poruszają mnie najbardziej właśnie te obrazy, o których wiem, że zawarte w nich historie wydarzyły się naprawdę. Tan konkretny zapewne także dlatego, że sama poruszam się po wyspie słów. Po przebrzmieniu ostatnich nut i napisach końcowych zamknęłam oczy i pomyślałam "co by było, gdyby...?"

Tytułowa bohaterka - Iris Murdoch - pozostawiła po sobie spuściznę zarówno stricte literacką, jak i filozoficzną. Czerpała z życia pełnymi garściami, była nietuzinkowa, oryginalna, piękna. Tak wiele powiedziała i tak wiele miała jeszcze do powiedzenia. Na drodze jednak stanęła choroba, niczym jeździec na galopującym rumaku, odbierając jej radość tworzenia, a czytelnikom - fascynację słowem. Z Alzheimerem żyła "tylko" lub "aż" cztery lata. Pomimo przeciwności otoczona miłością. Miłością, której na pierwszy rzut oka nikt nie dawał szans. Lecz poznając historię jej i jej męża (Johna Boyley'a - także pisarza oraz krytyka literackiego) śmiało można powiedzieć, że był to romans najprawdziwszy z prawdziwych, broniący się nawet przed tym, czego zmienić się nie dało.

Niezwykłą obsadą - Judi Dench, Kate Winslet, Jim Broadbent - zachwycę się już w milczeniu...

Zdecydowanie polecam.

2 komentarze:

  1. Wymieniłaś w obsadzie moje ulubione aktorki..witaj ponownie Jagno.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój komentarz. Nie widać go? To dlatego, że lubię czytać pozostawione dla mnie słowa jako pierwsza :)