sobota, 9 listopada 2013

Nikt nigdzie, każdy wszędzie (z cyklu "Przypomnienia" cz.3)

Dziś przypominam recenzję kolejnego filmu z tęsknotą patrząc w ekran, na którym ostatnio jedynie bajki są wyświetlane =)

Nie widziałam jeszcze obrazu tak nieoczywistego, który zaskakiwałby mnie z każdą kolejną minutą. Do ostatniego kadru nie byłam w stanie nawet wyobrazić sobie, jak opowiedziana w nim historia się zakończy. Historia? A może historie? Ale, nie wspomniałam jeszcze o jakim filmie mowa. Obraz nosi tytuł Mr. Nobody (2009; reż. Jaco Van Dormael; trafiłam na niego przeglądając filmografię Jareda Leto) i całe szczęście nie ma polskiego odpowiednika, bo tytuł jest wyjątkowo trafiony. Głównym bohaterem jest Nemo Nobody, którego poznajemy jako ostatniego śmiertelnika. I to właściwie jedyna pewna rzecz, jaką wywnioskowałam z fabuły. Cała reszta rozmywa się, przenika, miesza. Zmieniają się lata, przestrzenie, jawa i sen. Jesteśmy jakby wszędzie i nigdzie, pozbawieni jednocześnie możliwości określenia, która z historii jest nadrzędna. Widza otaczają pojemne metafory i parabole, dające z kolei możliwość samodzielnego wartościowania wydarzeń. Z racji gatunku, do jakiego film został zaliczony (dramat sci-fi) można przymknąć oko na niektóre elementy. Trudno jednak, a przynajmniej tak było w moim przypadku, nie zacząć zastanawiać się nad "prawdami", jakie zawarto w tym filmie. Mnie najbardziej zapadło w pamięć stwierdzenie Nemo: Every path is the right path - Każda ścieżka jest właściwą ścieżką. Gdyby pójść dalej, można pokusić się o rozwinięcie, że każda decyzja jest prawidłową decyzją, każda chwila jest właściwą chwilą. Bo to, co "jedynie" albo "aż" różni nas od Mr. Nobody to fakt, że nie znamy naszych alternatywnych życiorysów...

Ocena: 8/10

Ja tymczasem wracam do mej rzeczywistości... Pozdrawiam odwiedzających ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twój komentarz. Nie widać go? To dlatego, że lubię czytać pozostawione dla mnie słowa jako pierwsza :)