wtorek, 22 października 2013

Strzał w dziesiątkę (o książkach dla dzieci)

Jak już w którymś z wcześniejszych wpisów wspomniałam, ostatnie zakupy udały nam się znakomicie - szczególnie za sprawą odwiedzin w księgarni. Wybrane tytuły okazały się strzałem w dziesiątkę, bo odkąd pojawiły się w dziecięcej biblioteczce, Bąbelek się z nimi nie rozstaje =)


Radość jest tym większa, że sama bardzo lubię czytać i dumna jestem niezmiernie, że dziecię moje już idzie w moje ślady =) Ja jako dziecko książek miałam niewiele (bo i inne czasy były), ale te, w których posiadanie weszłam, znałam niemalże na pamięć. Latorośl ma na chwilę obecną ma przynajmniej pięć razy więcej książek niż ja, kiedy byłam w jej wieku... i bardzo dobrze. Nawyk czytania, obcowania z literaturą, poszerzania słownictwa i  pobudzania wyobraźni w sposób inny, niż sadzaniem przed ekranem telewizora, to ostatnimi czasy "towar" deficytowy. Stąd moja i mej Drugiej Połowy dbałość o to, by z półek wysypywały się książki (i zeszyty z zadaniami, najlepiej te z mnóstwem naklejek), a nie szybko nudzące się zabawki.


Gimnastykę dla języka Małgorzaty Strzałkowskiej dziecię wyłuskało z przepastnych półek księgarni zupełnie samodzielnie. Kiedy książka trafiła w me ręce, wiedziałam po pierwszych przeczytanych słowach, że bez niej nie wyjdziemy =) I teraz, przynajmniej raz dziennie, maminy lub tatusiowy język poddawany jest owej gimnastyce, ku uciesze Bąbelka. Książka zdecydowanie godna polecenia. Młodsze dzieci ucieszą radosne "rymowanki", te umiejące czytać będą mogły doskonalić zdobyte umiejętności, a rodzice przypomną sobie, co to znaczy mówić elegancko i poprawnie =)


Seria o Martynce zagościła u nas już jakiś czas temu, ale do tej pory były to tylko książki z biblioteki. Ponieważ już wtedy zauważyłam, że dziecię me polubiło tę bohaterkę, pomyślałam, że można pokusić się o zakup. Tym bardzie, że wiedziałam, czego się po książce spodziewać. I nie zawiodłam się. Historyjki o zwierzątka urzekły mnie swą prostotą, ale i oryginalnością. Przenoszą małego czytelnika na sielskie łono przyrody (dokąd i ja chętnie wybieram się wraz z mym dzieckiem). Uczą, poprzez obcowanie z naturą, budowania w sobie pokładów dobroci, łagodności i chęci pomagania innym. A ilustracje Marcela Marliera są przysłowiową "wisienką na torcie". Polecam.

I pozdrawiam =)

3 komentarze:

  1. Moja mała musi cały czas ćwiczyć wymowę :)) Może się przyda :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. U nas w domu ja chyba polubiłam te wierszyki najbardziej :P
    ale książeczka cieszy wszystkich: tatajanka się podśmiewa słuchając jak z przejęciem czytam kolejne wersy "wyraźnie i dokładnie", a Janek słucha naprawdę zainteresowany i ciągle prosi o jeszcze, tak, że w końcu język mi staje kołkiem i daję szansę panu Fronczewskiemu :)
    W ramach ćwiczeń logopedycznych prowokuję J. żeby sam powtarzał po mnie niektóre wersy
    a że ćwiczenia "działają" ku mojemu zdziwieniu (i radości) okazało się niedawno, kiedy po usłyszeniu w radiu jakiejś zajawki na temat porcelanowych filiżanek spontanicznie powiedział "a ja wiem, kto turla perły po królewskiej porcelanie!" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I u nas zainteresowanie wierszykami nie słabnie. Ja z dumą odkryłam np. że dziecię me "odmienia przodka przez przypadki" =) I już planujemy zakup kolejnej książki autorstwa pani Małgorzaty =)

      Usuń

Dziękuję za Twój komentarz. Nie widać go? To dlatego, że lubię czytać pozostawione dla mnie słowa jako pierwsza :)