środa, 12 czerwca 2013

Filmowe Love: "Życie jest po to, żeby dawać jak najwięcej innym ludziom."

Obejrzałam, ochłonęłam, opiszę...

Sala samobójców (reż. Jan Komasa, 2011) to film, który zrobił na mnie ogromne wrażenie, choć w odbiorze nie jest ani łatwy, ani przyjemny. Obnaża nasze wady, ułomność i stereotypowość myślenia, lęki, zabliźnione rany. Weryfikuje nasze wyobrażenie o nas samych i o tych, którzy nas otaczają, naszą wrażliwość i postrzeganie rzeczywistości. Powoduje, że analizujemy wszystko, co widzą oczy, jakby na zwiększonych obrotach, poszukujemy wyjaśnienia, chcemy zapobiec, pomóc, wedrzeć się do środka. Błądzimy pośród wspomnień próbując odnaleźć nazwiska, imiona, daty, by uspokoić sumienie - "nie znałam/em nikogo takiego, a zatem i pomagać nie musiałam/em". Gorzej, jeśli w ciemnowłosym chłopaku z kolczykiem w brwi odnajdziemy rysy samych siebie. Gorzej? A może lepiej? W końcu żyjemy, a więc z nami nie było tak źle? Źle? To chyba nie najszczęśliwiej dobrane słowo. Bo czy Dominik prosił się o taki los? Nie był przecież typem samobójcy... Początkowe stwierdzenie: rozpieszczony chłopak z bogatego domu. Bo trudno napisać "z dobrego". Zbyt wrażliwy, niepewny, nie umiejący "obronić się" przed tym, co popularne i modne. Stojący na rozdrożu. Później konkluzja, że także zbyt słaby, by samodzielnie przebić się przez ścianę niezrozumienia, milczenia, wewnętrznego i zewnętrznego lodu. Wracam teraz pamięcią do oglądanych niedawno kadrów i... łzy napływają mi do oczu. Nie wiem tylko, czy na myśl o Dominiku, jego sobowtórach z realnego świata czy o sobie samej...
źródło
Zaczyna mi z tego wychodzić jakaś filozoficzna rozprawka, a nie recenzja. Zatem, żeby nie było. Film 10/10 jak dla mnie. Jakub Gierszał na nagrodę Złotej Kaczki zasłużył każdym gestem, słowem, milczeniem. Ostatnia scena, tuż przed napisami końcowymi - piorunująca. Mnie zatkało. I tylko wszechobecna cisza nie pozwoliła mi na niej wybuchnąć płaczem.

Chcąc rzetelniej podejść do pisania o filmie przeszukałam internet i znalazłam artykuł o Magdzie, której historia przyczyniła się do tego, że Komasa stworzył Salę samobójców. I nie mogę się otrząsnąć. Fakt, że postać Dominika miała swój pierwowzór w rzeczywistości, znany z imienia, nazwiska, daty urodzin i śmierci jest dla mnie przytłaczający. Inaczej myśli się o postaci filmowej, która być może od początku do końca wykreowana jest przez scenarzystę i reżysera - inaczej, gdy można wyszukać zdjęcie, z którego patrzą smutne oczy i wiedzieć na 100%, że pewna historia wydarzyła się naprawdę.

Aż trudno napisać teraz o stricte filmowym kunszcie, o przygotowaniach, jakie poczynił Komasa zanim ów obraz powstał (swoją drogą polecam poczytać, co o filie mówi sam jego twórca). W Sali samobójców znaczenie ma każdy kadr, dźwięk, każda postać i avatar, każdy epizod, ruch kamery, każde zaciemnienie, każdy uśmiech czy prawie niedostrzegalny ruch warg, każde mrugnięcie powiek, każda łza lub jej brak. Dawno nie byłam pod takim filmowym wrażeniem.

I jak zwykle piszę to wszystko zupełnie subiektywnie.

2 komentarze:

  1. Dzięki Jagna!!!! Obiecuję bywać częściej :)))


    Aga skomp.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję!!!!!!!!!!!!!!!!


    aga skompl.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój komentarz. Nie widać go? To dlatego, że lubię czytać pozostawione dla mnie słowa jako pierwsza :)