czwartek, 7 lutego 2013

Zimno, zimniej, najzimniej

Przepięknie zasypało dziś okolicę. Nie przypuszczałam, że będę się uśmiechać  na widok padającego śniegu.

Płatki były duże, leniwie opadały na chodnik, parking, plac zabaw, trawnik i każde drzewo dookoła. Na parapecie niknęły szybko, rozpływały się, by kiedyś, być może stać się kroplą deszczu bądź ponownie płatkiem śniegu... Urzekł mnie ten widok niebywale.

Zamknęłam na chwilę oczy, otworzyłam okno, wciągnęłam powietrze wilgotne i jeszcze niezbyt mroźne. Na sekundę zatrzymałam się w biegu, na bok odsunęłam konieczność zrobienia prania, sprzątnięcia salonu, podlania storczyków...

Na chwilę.

By potem wrócić. Oddychać powietrzem przepełnionym zapachem domowych pieleszy i czerwonego barszczu wolniutko gotującego się w kuchni. Na nowo nabrać rozpędu. Dotrwać do godziny zero, kiedy to mogę poświęcić się samej sobie...

Patrzę na zegarek. Zastanawiam się czy już pora na sen, czy powinna jeszcze posiedzieć i pisać. Jeśli pisać, to o czym? O związkach fotografii z literaturą, czy o jakiś czas temu widzianym filmie francuskiego reżysera?

Zdecydowanie wolę, gdy coś się dzieje. Gdy mogę wybierać pomiędzy rzeczami, które lubię robić. Wiem wtedy, że kolejny dzień także będzie udany. Bo zawsze zostaje coś "na potem".



2 komentarze:

  1. Może o związkach fotografii było by ciekawie poczytać ? Fajne uczucie wiedząc że jutro też będzie fajny dzień :)

    OdpowiedzUsuń
  2. przybywam :) na razie sie przywitac a potem... poczytac :)


    :*

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój komentarz. Nie widać go? To dlatego, że lubię czytać pozostawione dla mnie słowa jako pierwsza :)